czyli słów kilka o dialogu wewnętrznym 

Joanna, 30 letnia artysta grafik,  niezwykle utalentowana młoda osoba. Ze znakomitymi wynikami ukończyła studia, wzięła udział w kilku wystawach – jej prace były świetnie przyjmowane. W pewnym momencie pojawiło się u niej poczucie, że stoi w miejscu. Od dłuższego czasu nie potrafiła stworzyć niczego nowego. Utknęła.

Dorota, 35 lat, z wykształcenia i zamiłowania projektantka odzieży. Zawsze świetnie wygląda. Ma ogromną wiedzę i  świetne pomysły. Mogłaby z powodzeniem podbijać swoimi projektami wybiegi w Paryżu i Nowym Jorku. Nie robi tego. Pracuje dla niewielkiej grupy klientek. Rzadko wystawia swoje prace na pokaz. A jeśli tak, to zawsze jest to dla niej ogromny stres, pomimo, że kocha swoją pracę.

Co się dzieje? Skąd się bierze w nas ta niepewność a może nawet czasem niemoc? Co sprawia, że stajemy w miejscu, albo nie wykorzystujemy swojego potencjału dostrzegając głównie trudności i wątpiąc w swoje siły?

Timothy Gallwey, trener tenisa, w wydanej w 1974r. książce „Tenis – wewnętrzna gra” wysuwa teorię, zgodnie z którą skuteczność gracza zależy w bardzo dużym stopniu od jakości wewnętrznego dialogu jaki sam ze sobą prowadzi. Gallwey nazywa te dwie dyskutujące ze sobą części nas Ja-1 i Ja-2.

Ja-1, nasz wewnętrzny instruktor – mówi co mamy robić a czego nie, co jest możliwe a co nie, daje instrukcje i ocenia. Natomiast Ja-2 to posiadający naturalne zdolności wykonawca, który po prostu działa. Nie potrzebuje instrukcji, po prostu obserwuje i działa. Małe dziecko uczące się chodzić to Ja-2 w czystej formie. Prawdopodobnie, gdyby na tym etapie rozwoju w dziecku toczył się już dialog wewnętrzny, którego doświadczamy na co dzień („znowu mi się nie udało”, „znowu nie powiedziałam tego co myślę”, „przecież nie dam rady poprowadzić tej prezentacji” itd.) to po pierwszych kilku upadkach dziecko juz na zawsze pozostałoby na etapie raczkowania!

Gallwey przekonuje, że rzeczywisty potencjał człowieka to cała mądrość naturalnego Ja-2, która, niestety, ograniczana jest oceniającym i wydającym polecenia krytycznym Ja-1. Dużo zależy od tego jak wygląda nasz wewnętrzny dialog: czy dominuje surowy krytyk stojący nad dzieckiem, czy też jest pomiędzy nimi względna równowaga.

Żyjemy w kulturze, w której od najwcześniejszych lat wystawia się nam oceny: „śpiewasz najpiękniej na świecie”, „no tak, znowu wylałeś zupkę”, „ale z ciebie bałaganiarz”, „no, a ty jak już coś powiesz!…”, „i tak ubrana chcesz iść do cioci?!”. Z czasem przyzwyczajamy się, że tak jest i co więcej, sami zaczynamy je sobie wystawiać!

Niebezpieczeństwa są dwa. Jedno to fakt, że możemy zatracić umiejętność obiektywnej oceny tego co sami robimy – dokładnie tak jak w przypadku Joanny i Doroty. Niektórzy moi klienci coachingowi zadają mi pytanie „co o myślisz o tym co zrobiłam?”. Odpowiadam wtedy „a co TY o tym myślisz?”. Nierzadko zdarza się, że odpowiedź brzmi „nie wiem”.

Drugie niebezpieczeństwo to uzależnienie od opinii z zewnątrz.  I o ile są one pozytywne to jeszcze nie jest tak źle. Gorzej, jeżeli zaczynają się pojawiać te negatywne. Wtedy możemy zatracić umiejętność obrony naszych działań czy naszej twórczości. Możemy zupełnie stracić wiarę we własne możliwości i zaprzepaścić swój talent i okazje, które należało wykorzystać.

Ja-1 i Ja-2 to dwie części nas samych. Czy nam się to podoba, czy nie, tak po prostu jest. Wyobraź sobie scenę: wstajesz wcześnie rano z łóżka, delikatnie mówiąc umiarkowanie wypoczęta. W ostrym świetle łazienki widzisz w lustrze zdecydowanie więcej niż chciałabyś widzieć: skóra wymięta, bez blasku, pod oczami jakieś dziwne cienie, potargane włosy – już chyba  powoli widać odrosty. Krótko mówiąc nie cieszy cię ten widok, a komunikaty jakie wysyłasz pod swoim adresem zawierają negatywną ocenę. Myślisz z przekąsem „no, pięknie…, lata lecą..”. Znajomy obraz?

W taki właśnie sposób sami sobie podcinamy skrzydła i wystawiamy sobie cenzurki. I dzieje się to znacznie częściej niż mogłoby nam się wydawać. Może warto zadać sobie pytanie po co? Po co nam te oceny? Co z nich dla nas wynika? I czy wynika coś dobrego?

Pewnego dnia trafiła w moje ręce bardzo ciekawa książka. Napisała ją dr Cherie Carter-Scott, doświadczona trenerka i coach, „Jeżeli życie to gra – oto jej reguły”. Podzielę się kilkoma myślami zaczerpniętymi z tej książki.

Jestem dokładnie tym kim jestem. Im mniej walczę sama ze sobą tym lepiej dla mnie. Im bardziej akceptuję i lubię siebie taką jaka jestem, tym większa moja siła. Nie chodzi tu absolutnie o zachętę do zaprzestania stawiania sobie wyzwań, a raczej o zakończenie odgrywania roli swojego własnego krytyka. Im mniej będzie destrukcyjnego i ograniczającego dialogu w nas samych, tym większym wyzwaniom zewnętrznym będziemy w stanie z sukcesem stawić czoła. Energia marnotrawiona na zupełnie niekonstruktywny dialog wewnętrzny może zostać wówczas spożytkowana na działania „na zewnątrz”. Co więcej, jeśli w miejsce oceniających i krytykujących myśli pojawią się te dobre i wspierające, nagle ludzie zaczną nam się przyglądać ze zdumieniem. Osoby prowadzące ze sobą dobry dialog wewnętrzny cechuje spójność i harmonia, co na zewnątrz jest wyraźnie widoczne jako pozytywna energia i siła.

I jeszcze jeden ważny element w rozważaniach o samoakceptacji zaczerpnięty od wspomnianej już Cherie Carter-Scott, szczególnie ważny dla nas – kobiet: „Ciało, które otrzymujesz, będzie twoją własnością na czas życia. Możesz je kochać lub nienawidzić, akceptować lub odrzucać, ale w tym życiu nie dostaniesz innego. Pozostanie z tobą od zaczerpnięcia pierwszego oddechu do ostatniego uderzenia serca.”.

A gdyby tak zmienić strategię? Zamiast ciągłego niezadowolenia ze swojego ciała i poszczególnych jego elementów pomyśleć o nim z wdzięcznością, bo znosi dzielnie te wszystkie pomysły jakie mu nieustannie aplikujemy – diety cud i wymyślne ćwiczenia. Nie zawodzi nawet wtedy kiedy trzeba podbiec parę metrów w dwunastocentymetrowych szpilkach po chodniku z kostek o kształcie zaprojektowanym przez jakiegoś najwyraźniej zaciekłego wroga butów na obcasach?

Lubię syntetyczną celność niektórych cytatów. Ostatnio urzekło mnie zdanie zaczerpnięte od Marka Twaina: „Odwaga to panowanie nad strachem, a nie brak strachu.”

To na co nas stać, co jesteśmy w stanie osiągnąć  jest zależne od dyskusji, którą prowadzimy w naszych głowach. Dyskusji, w której mamy prawo głosu. Dyskusji, na której wynik mamy wpływ.

Drogie Panie i Drodzy Panowie, bądźcie uważni, wsłuchujcie się w to co mówi Wasz wewnętrzny Krytyk: czy przypadkiem nie dominuje aktywnego z natury i ciekawego wyzwań mądrego Dziecka, które ma zdolność przenoszenia gór, o ile tylko mu się za bardzo nie przeszkadza. Uczmy się przejmować kontrolę nad własnymi myślami. Odrzucajmy te, które nie niosą dla nas niczego dobrego. Pielęgnujmy te, które sprawiają, że czujemy się lepiej i mamy więcej siły, czego u progu wiosny serdecznie Państwu życzę.

P.S. Joanna i Dorota z początku artykułu (imiona zostały zamienione) dziś już są w zupełnie innym miejscu – wsłuchały się w siebie, ustaliły czego chcą i są na dobrej drodze żeby to osiągnąć. Trzymam za nie kciuki!

autor: Beata Piwowarczyk, coach ICF, trener, menadżer

artykuł ukazał się w nr 18 czasopisma „Lady’s Club” oraz na portalu www.treco.pl